W gabinecie terapeutycznym często spotykam osoby, które na jakimś etapie swojego procesu mówią „Na głowę już to wszystko wiem i rozumiem, ale ciągle to przeżywam i nie mogę się od tego uwolnić”, rozumieją swoje schematy, potrafią nazwać źródła trudności, dostrzegają zależności między przeszłością a teraźniejszością. A jednak ich życie wciąż nie zmienia się w taki sposób, jakiego oczekują. To doświadczenie bywa bolesne i rodzi poczucie frustracji. „Skoro już wiem, dlaczego reaguję w określony sposób, dlaczego nadal tak reaguję?”, „Skoro rozumiem swoje mechanizmy, dlaczego nie potrafię ich po prostu porzucić?”
W modalności humanistyczno-doświadczeniowej Gestalt zakłada się, że człowiek jest całością. Nie jesteśmy wyłącznie naszymi myślami ani samą świadomością. Jesteśmy również ciałem, emocjami, oddechem, napięciem mięśni, rytmem układu nerwowego i historią zapisaną w naszych doświadczeniach. Dlatego zmiana nie dokonuje się wyłącznie poprzez zrozumienie. Potrzebuje czasu, kontaktu i stopniowego integrowania nowego doświadczenia. Potrzebuje ucieleśnienia zmiany. Ciało nie mówi językiem intelektu. Posługuje się językiem układu nerwowego, zapisanych w tkankach doświadczeń oraz głęboko utrwalonych strategii przetrwania, które służyły nam przez lata, a czasem nawet przez całe dekady. Ciało jest z natury zachowawcze. Trzyma się dawnych nawyków żywieniowych, współuzależnionego zadowalania innych czy nieustannej czujności, ponieważ kiedyś właśnie te wzorce pomagały nam przetrwać. Przypomina nam, że uszanowanie powolnego, a czasem frustrującego tempa ciała jest codzienną, świadomą praktyką.
Ten proces pięknie opisuje Marion Woodman w poniższym fragmencie książki „Bone: Dying Into Life”(2001)*
„Staram się być tak wierna, jak to tylko możliwe, własnemu, nieustannie rozwijającemu się procesowi. Czasami ten proces jest skrajnie niezrównoważony – moja duchowa wiedza wykracza daleko poza zdolność mojego ciała do jej ucieleśnienia.
Ciało znacznie wolniej porzuca przeszłość – dawne lęki przed niezadowoleniem innych, stare nawyki żywieniowe, utrwalone schematy relacyjne.
Mam silnik Jaguara w podwoziu Volkswagena.
Obrazy, które rodzą się z mojego duchowego łona, niosą energię zdolną zarówno niszczyć, jak i uzdrawiać.
Zawierają transformującą moc, która łączy ciało, duszę i ducha. Przyswajanie tych obrazów, oddychanie nimi, tańczenie nimi, zapisywanie ich w ciele i dawanie im czasu, by przeniknęły moje komórki nową energią – to właśnie jest uzdrawianie.
Wiem, że to prawda, ale muszę wciąż sobie o tym przypominać.”
Świadomość jest początkiem zmiany, ale nie jest jeszcze samą zmianą. Możemy dostrzec pewien wzorzec, nazwać go i zrozumieć, a mimo to nadal doświadczać go w swoim życiu, bo organizm potrzebuje czasu, aby przyswoić nową rzeczywistość. Jeśli intelekt znacznie „wyprzedził” ciało, droga prowadząca do ciała nie może zostać wymuszona kolejnym myśleniem. Dokonuje się ona poprzez powolne, świadome i konsekwentne wybory somatyczne. Często próbujemy przyspieszyć ten proces, tymczasem ciało ma własne tempo. Nie podąża za intelektualnymi decyzjami tak szybko, jakbyśmy chcieli. Potrzebuje wielokrotnego doświadczenia bezpieczeństwa w tych obszarach, w których kiedyś był lęk. Potrzebuje nowych doświadczeń w relacjach, w których kiedyś pojawiało się zranienie. Potrzebuje oddechu, ruchu, obecności i czasu.
Dojrzałość nie polega na tym, że przestajemy mieć ograniczenia. Polega raczej na tym, że uczymy się odnosić do siebie z większą cierpliwością i szacunkiem wobec własnego procesu i wystać przy sobie z łagodnością i zrozumieniem, zadając sobie pytanie „Czy potrafię być w kontakcie z tym miejscem w sobie, które wciąż potrzebuje czasu?” Czasami największym aktem odwagi jest pozostanie obecnym przy sobie dokładnie tam, gdzie jesteśmy. Wtedy – paradoksalnie – możemy się zbliżyć do zmiany.
*Książka „Bone: Dying into Life” Marion Woodman nie ma jeszcze oficjalnego tłumaczenia na język polski. Publikacja ta skupia się na osobistych zmaganiach autorki z ciężką chorobą nowotworową oraz na psychologiczno-duchowym procesie transformacji i zdrowienia.
